Na krawędzi

17 września 2010

   "Prace trwały długo, ale dzieło było już niemal na ukończeniu. Niewolnicy rozbijali resztki glinianej formy.
    Inni starannie polerowali burty srebrzystym piaskiem; metal zaczynał już świecić w słońcu jedwabistym, organicznym połyskiem świeżego spiżu. Był wciąż ciepły, mimo tygodnia studzenia w wykopie odlewnym.
    Arcyastronom Krulla skinął lekko ręką i tragarze ustawili jego tron w cieniu kadłuba.
    Jak ryba, pomyślał. Wielka latająca ryba. Z jakich to mórz?
    – Jest rzeczywiście wspaniały – szepnął. – Prawdziwe dzieło sztuki.
    – Rzemiosła – odezwał się stojący obok krępy mężczyzna.
Arcyastronom odwrócił się powoli i spojrzał na niewzruszoną twarz mówiącego. Nietrudno jest uzyskać niewzruszony wyraz, gdy ma się dwie złote kule w miejscu oczu. Błyszczały niepokojąco.
    – Istotnie, rzemiosła – przyznał z uśmiechem astronom. – Na całym dysku nie ma chyba mistrza rzemiosł lepszego od ciebie, Złotooki. Czy mam rację?
    Rzemieślnik zamyślił się. Nagie ciało – to znaczy nagie, jeśli nie liczyć pasa z narzędziami, naręcznego liczydła i głębokiej opalenizny – znieruchomiało, gdy rozważał implikacje ostatniej uwagi. Złote oczy wydawały się spoglądać w jakiś inny świat.
    – Odpowiedź brzmi jednocześnie „tak” i „nie” – oznajmił w końcu. Stojący za tronem pomniejsi astronomowie aż jęknęli na takie pogwałcenie etykiety, lecz Arcyastronom jakby tego nie zauważył.
    – Mów dalej – zezwolił.
    – Nie posiadłem kilku ważnych umiejętności. Mimo to jednak ja właśnie jestem Złotookim Srebrnorękim Dactylosem. Ja stworzyłem Metalowych Wojowników, strzegących grobowca Pitchiu, zaprojektowałem Świetlne Tamy Wielkiego Nefu, zbudowałem Pałac Siedmiu Pustyń. A przecież… – Podniósł dłoń i stuknął w oko, które brzdęknęło cicho. – Kiedy zbudowałem dla Pitchiu armię golemów, obdarował mnie złotem, a potem, by żadne inne z moich dzieł nie mogło dorównać temu, które stworzyłem dla niego, wyłupił mi oczy.
    – Rozsądne, ale okrutne – ocenił ze współczuciem Arcyastronom.
    – Tak… Nauczyłem się więc słyszeć temperaturę metali i widzieć palcami. Nauczyłem się rozpoznawać rudy po smaku i zapachu. Zrobiłem sobie oczy, ale nie mogę sprawić, by widziały. Potem wezwano mnie, bym zbudował Pałac Siedmiu Pustyń. W następstwie emir obsypał mnie srebrem, po czym, co nie do końca mnie zaskoczyło, kazał odciąć prawą rękę.
    – Poważne utrudnienie w pracy – przyznał Arcyastronom.
    – Zużyłem część srebra, by zrobić sobie tę oto nową rękę; wykorzystałem w tym celu swą niezrównaną wiedzę o dźwigniach i osiach. Ta ręka wystarcza mi. Kiedy wzniosłem pierwszą wielką Świetlną Tamę o pojemności pięćdziesięciu tysięcy godzin dziennego
światła, rady plemienne Wielkiego Nefu postanowiły obdarować mnie wspaniałymi jedwabiami i podciąć wiązadła w kolanach, bym nie mógł uciec. Musiałem więc z części jedwabiu i pędów bambusa zbudować machinę latającą, w której wystartowałem z najwyższej wieży mojego więzienia.
    – Co po licznych przygodach doprowadziło cię do Krulla – dokończył Arcyastronom. – Trudno pozbyć się wrażenia, że jakieś inne zajęcie, powiedzmy, uprawa sałaty, niosłoby mniejsze zagrożenie ratalnej śmierci. Dlaczego nie zmienisz zawodu?
    Złotooki Dactylos wzruszył ramionami.
    – Jestem dobry w swoim fachu – wyjaśnił.
    Arcyastronom raz jeszcze spojrzał na spiżową rybę, lśniącą teraz w słońcu niczym dzwon.
    – Cóż za piękność – mruknął. – Jedyna na świecie. Podejdź, Dactylosie. Przypomnij mi jaką nagrodę ci obiecałem.
    – Prosiłeś, bym zbudował rybę, która będzie pływać po morzach kosmosu między światami – zaintonował mistrz rzemiosł. – W zamian za co… w zamian za co…
    – Tak? Moja pamięć nie jest już taka jak dawniej – westchnął Arcyastronom, gładząc ciepły spiż.
    – W zamian za co… – kontynuował Dactylos, najwyraźniej bez wielkiej nadziei – … obiecałeś puścić mnie wolno i powstrzymać się przed odcinaniem mi dalszych kończyn. Nie proszę o żadne skarby.
    – A tak, teraz sobie przypominam. – Starzec uniósł bladą dłoń. – Kłamałem – dodał.
    Zabrzmiał najcichszy z szeptów i złotooki człowiek zakołysał się na nogach. Spojrzał na sterczące z piersi ostrze strzały i ze znużeniem kiwnął głową. Kropla krwi wykwitła mu na wargach.
    Na całym placu panowała całkowita cisza (jeśli nie liczyć brzęczenia kilku niecierpliwych much); srebrna ręka uniosła się bardzo wolno i palce dotknęły grotu.
    Dactylos parsknął wzgardliwie.
    – Partanina – orzekł i padł na wznak.
    Arcyastronom trącił ciało nogą i westchnął.
    – Nastąpi teraz krótki okres żałoby, jak wypada po śmierci mistrza rzemiosł – oznajmił. Obserwował niebieską muchę, która wylądowała na złotym oku i zaraz odleciała zawiedziona. – To chyba wystarczy – stwierdził i skinął na niewolników, by wynieśli
zwłoki."

Mniejwięcej tak wyobrażałam sobie to DKW.
Oczywiście nie mam się za żadnego rzemieślnika, wręcz odwrotnie. Miałam wizję, ale nie miałam żadnej wiedzy, pomysłu jak ją przekształcić w rzeczywistość. Jak wytłumaczyć pomocnikowi o co mi chodzi, kiedy nie ma się nawet w głowie tych magicznych słów? :D
Ludzkim zwyczajem trudniejsze sprawy odłożyłam na bok i zajęłam się tym, co wychodzi mi lepiej. Pomagałam w dekorowaniu, ustawianiu, smęciłam, dawałam pomysły itp. Z każdm dniem czułam narastającą złość, niemoc i rozpacz. Co z moim pokojem strachu?! ;-;
Tasukete krzyczało we mnie głośno, tyle że właśnie we mnie.
Gdyby nie brat z Domcią nie poświęcili się dla mnie, byłabym zamoczona po pachy w nocniku… Wielkie dzięki!
Oczywiście nie tylko oni mi pomogli, dziękuję całej ekipie DKW <3
No i właśnie. Cała ekipa była super. Wszyscy razem stworzyli pozytywną atmosferę współpracy, wzajemnej pomocy, zabawy poprzez pracę~ (chyba tworzę cos w j. polskim ;x)
Bardzo bym chciała, aby szczególnie jeden wieczór pozostał na długo w mojej głowie – kiedy odwiedzający PJWSTK już wyszli i zajęliśmy się pizzami, kiedy stres opadł na dobre i zaczęło się sprzątanie… Wtedy najbardziej czuło się tą jedność.
Wstyd się przyznać, ale opóźniałam jak mogłam sprzątanie :D

Tęsknię za Wami, serio.

Właściwie to nie mam nic wielkiego do napisania o imprezie. Większość siedziałam w piwnicy w owym pokoju strachu i nic konkretnego nie wiem co się działo podczas całego eventu. Z tego co zauważyłam z miejsca, to tłumy napływających ludzi. Szczególnie zapadły mi w pamięci dwa osobniki płci męskiej, które zrobiły mega nastrój grozy! Jakieś dzieciaki zgrywały nieustraszone i dzięki panom udało się je nieźle nastraszyć – dziękuję!
Podobało mi się mimo wielu niedociągnięć i, choć nie było to DKW najwyższego lotu, niczego nie żałuję.

<3

5 Odpowiedzi na “Na krawędzi”

  1. 1 Dodo Pisze :

    amen!

  2. 2 guptak Pisze :

    Aale masz sliczny blog. Mowilem Ci to juz?

    A tak poza tym to zobaczysz! stworzylas nowa tradycje pokoju strachow na DKW

  3. 3 Tsu Pisze :

    Mówiłeś :D
    Z tą tradycją to wątpię, ale kto wie! Chodźmy na sushi E>

  4. 4 Dodo Pisze :

    łaaaaa jaki śliczny obrazek E> ^-^

  5. 5 Zawodnik Pisze :

    Pratchett dobrany po mistrzowsku.:)

Napisz odpowiedź


  • RSS